Refleksje

przed - zaduszki

ZdjęcieTam, gdzie brodzi się w smutku.
Po kostki, po kolana, po serce…
Cisza słabo ogrzewa zgrabiałe myśli.
Gdy przyjaciele odlatują do lepszych krajów, to w środku rzadko mi światło.
Pusta ławeczka wciąż czeka, że na niej usiądziesz.
 
Maryjko z mysimi ogonkami!
Dlaczego nie buntujesz się i nie tupiesz ze złości?
On Cię wybrał już wtedy, ze skakanką i podrapanymi kolanami.
Bez pytania.
A Ty nic, tylko: „Niech się stanie”?!
 
Bądź wola Twoja…
bądź…
…i na ziemi….

INWOKACJA

Żem Ciebie wspomniał dziś, Najświętsza Panno,

Będzie mi wszelka darowana wina

I spokój gwiazdą mi rozbłyśnie ranną

Po nocy, która płacze i przeklina.

 

Może się łaską Twą na chleb zamieni

Me słowo, że nim nakarmić potrafię,

Albowiem cisi są błogosławieni...

Wszak tak, Najświętsza Panno na ryngrafie?

 

Naucz modlitwy serce moje młode

Na głód wskazując pragnień, wspomnień chłostę,

O jednym bowiem marzy w snów pogodę:

Oto chce szczere być i chce być proste.

 

Albowiem człowiek, co na swym zegarze

Ujrzał, że młodość ginie mu zdradziecko,

Zaczyna marzyć, o czym ja dziś marzę:

Aby się znowu dobry stał, jak dziecko.

 

Spojrzyj w me serce, Najjaśniejsza Pani,

I choć przez chwilę usłysz, co w nim śpiewa,

A ujrzysz wielką miłość w tej otchłani,

Co kocha ludzi, kamienie i drzewa.

 

O, jakże bardzo kochać chcę, jak bardzo,

Nie to, co w bisior stroi się. i złoto,

Lecz to, czym nawet najnędzniejsi gardzą,

Co głodem żywię, poi się tęsknotą.

 

Chcę serce moje jako bochen chleba

Pokrajać dla tych, których głód uśmierca,

Ty zasię spraw to, o Panienko z nieba,

Aby dla wszystkich mi starczyło serca.

 

Przeto je ozdrów, położywszy ręce

I pobłogosław jak zoraną niwę,

A ja słów kłosy własną krwią poświęcę

I pójdę dzielić między nieszczęśliwe.

 

Bo chociaż lichy-m jest i nędzny człowiek,

Co nicość kryje blaskiem pióropusza,

Lecz gdy choć jedna padnie łza spod powiek

Szczera i czysta — ożyje ma dusza.

 

Błogosławiłaś, Panno święta, przecie

Wielkim eposom, co rozbłysły cudem:

Błogosław dzisiaj lichemu poecie,

Co biedne słowa w rym zwołuje z trudem.

 

Ja Ci zaś za to już za dni niemało,

Zmieszany między pasterze i grajki,

Przyniosę książkę jako gołąb białą,

Abyś Synowi z niej czytała bajki.


Kornel Makuszyński

Kolumbowie Radości, czyli "Chwalmy Pana za dar Jana Pawła II"

Duch świętowania ogarnął wszystkich, oby trwał i panował jak najdłużej. Przyniósł ze sobą wiele dobrego, mądre myśli i szczere emocje na nowo obudzonych. Przekonująco brzmią trywialne prawdy w ustach młodych ludzi, staja się wiarygodne, bo odkrywane przez nich z siłą pierwszego uczucia. I nie tylko dla nich. Dla każdego, kto jest świadkiem tej eksploracji. Powiew świeżości nowego postanowienia poprawy. Oto oni - Kolumbowie Radości.
Cuda ziemi przebijają się przez twardą skorupę codzienności. Góra rozpościera nową perspektywę życia, strumień niesie dobre wieści. I człowiek. Najważniejszy, choćby maluczki. Dziecko wygłaszające mądrość filozofa.
Kto by przystanął nad ta mądrością, niech wie, że Ten, który stał się wielki, także przystawał nad najmniejszym i widział w nim Najwyższego.
Pokłoń się ze mną nisko-niziutko młodym artystom i podziękuj za ich talent, piękne, czyste serca, chłonne umysły i szczerą chęć służenia.

Więcej zdjęć...

CO DALEJ?

ZdjęcieOpadły emocje, euforia przeszła w codzienną wdzięczność.
Co zmieniła beatyfikacja, we mnie, dla mnie?

A może tak : „Wymagajcie od siebie choćby inni od was nie wymagali”.

Wyłącz telewizor, bez seriali można żyć. Poszukaj Boga w kwitnącej jabłoni i pokłoń się Mu.
Powiedz: Dzięki Ci, Panie, za tę chwilę.
Poszukaj głęboko w sobie. Na pewno masz się czym podzielić z innymi. Nie zakopuj swoich talentów. Nie musisz być szczególnie uzdolniony. Może po prostu umiesz z kimś dobrze pomilczeć, to wielka umiejętność.

„Wczoraj do ciebie nie należy. Jutro niepewne… Tylko dziś jest twoje”.

Nie marnuj swojego dziś.

Nie lękaj się, Bóg sam wystarczy

- Marto, Marto…
Zastygam w pół ruchu. Znam ten głos, ciepły, spokojny. Głos Przyjaciela.
-To Ty, Panie?
- Przyszedłem do ciebie. Troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego.
- Wybacz, że musiałeś się fatygować osobiście, ale widzisz, mam tyle spraw na głowie…
Spojrzenie pełne wyrzutu.


Panie, oto jestem.
Ty - na krzyżu
ja - na kolanach
oni – dookoła
zbliżają się niebezpiecznie


dziś nie plują i nie urągają
dziś jeszcze wszyscy chcą być z Tobą w niebie

* * *


Jak boli śmierć?
jak bezsilność wobec potęgi rozszalałego tłumu
jak obraz hożej dziewczyny -wspomnienie klęczącej pod murem staruszki - żebraczki
jak marzenie o siwych włosach w oczach umierającego dziecka
jak ostatnie uderzenie zmęczonego życiem serca.
Jezu,
TAK boli twoja śmierć….

Bycie bliskim śmierci niczego nie zmienia.
Śmierć zmienia wszystko.

Ty wyzwoliłeś nas Panie...

Zdjęcie

2 kwietnia - pamiętna data w życiu Polaków. Żegnaliśmy Ojca naszego Narodu i Ojca nas wszystkich. Nikt o nim nie mówił inaczej jak „nasz ojciec święty” lub „nasz papież”. Bo był „nasz”, z naszego narodu, w tym tkwiła jakaś tajemnica… Ileż zmian w ludziach i w narodzie wówczas się dokonało-wszyscy to pamiętamy doskonale.

Nie zapomnę październikowego wieczoru 1978 roku, kiedy to z moim ojcem „patrzyłam w ekran telewizora” - nie bardzo zdając sobie sporawe, co to wydarzenie znaczy. Ale pamiętam doskonale radość mojego śp. taty, gdy padły słowa, habemus papam - Karol Wojtyła. Ze słów taty pamiętam dzisiaj tylko tyle- ” Teraz się wszystko zmieni „…Słowa te wówczas nie miały jakiegoś szczególnego znaczenia dla mnie, ale utkwiły w pamięci. I rzeczywiście - zmiany zachodziły rok po roku, w życiu społecznym jak i w życiu duchowym. Kościół stał się dla nas bardziej bliski. Wzrosło poczucie bezpieczeństwa. Również poczucie dumy narodowej podniosło się- w pewnym sensie czuliśmy się niejako „narodem wybranym”.

A powracając do chwili śmierci- znowu całe rodziny zgromadziła telewizja, jednak już innych -starszych o 27 lat, bogatszych o doświadczenia minionego czasu. Błogosławionego czasu z Janem Paweł II. W ten sobotni wieczór 2 kwietnia 2005r. życie jakby na chwile zamarło-z trwogą patrzyliśmy znów w szklany ekran … i padły te złowieszcze słowa: Ojciec święty nie żyje-smutna chwila.. Myślę, że niejedna osoba gdzieś głęboko w duchu zapytała i co dalej?

A jednak szczęśliwe to pokolenie, które kształtowało swą świadomość religijną i narodową za pontyfikatu tak wielkiego Ucznia Chrystusa i Syna Narodu Polskiego. Możemy dziś śpiewać hymn radości „Ty wyzwoliłeś nas Panie…”, a do samego Jana Pawła II chciałoby się wołać- czuwaj nad naszym Narodem, czuwaj nad naszym Kościołem, czuwaj nade mną..

I będzie czuwał- po sześciu latach wraca do nas jako święty Jan Paweł II -bo już za niespełna miesiąc przeżywać będziemy beatyfikacje. Ponownie zgromadzimy się przy telewizorach, aby być w tej radosnej chwili razem z nim.
 

KTO IM POWIE JAK? czyli wszystko "Zgodnie z planem..."

Nie uważam się za zmurszałą staruszkę, chociaż okres ‘burzy i naporu’ mam za sobą – przyznam szczerze – już od dawna. I dobrze. Nie zazdroszczę młodym tych wyborów i dylematów, kiedy każdy problem zyskuje rangę życia lub śmierci. Ale jednego mi brak: zauważam u siebie powolną atrofię tej bezkompromisowości, która u młodych występuje „in abundance”, stanowczej pewności, że 'tak' znaczy ‘tak’, nie zaś ‘tak, ale…’ Białe to białe, a czarne to czarne. Pijany ojciec to świnia, a szkoła opanowana przez zimną rutynę – umieralnia.

Droga kobieto, moja siostro w Panu!

Kobieto pochylona pod ciężarem obowiązków, popatrz na sąsiadkę.  Ciągle się śpieszy ; do pracy, do przedszkola, na wywiadówkę, do sklepu. Zabrakło pieniędzy, obiad, pranie, wykipiało mleko, lekcje nieodrobione  z dzieckiem, gdzie ten smoczek, koszula dla męża. Próbuje  klęknąć do pacierza, półprzytomna zasypia  w połowie „Zdrowaś Mario”.

A tamta inna kobieta… Samotna, dawno porzucona, zlekceważona, odsunięta dla innej, młodszej, strojniejszej. Upokorzona trzaśnięciem drzwi. Kto przywróci jej życiu sens?

Nadzieja

Pod Krzyżem

Dzisiaj
z pokorą pochylam głowę przed świadomością, że jestem niewiele.
 
Sama wśród rzesz i zastępów.
Upadam na kolana,
opieram czoło o Drzewo,
czekam.
 
Aż powoli,
jeszcze ciepła i słodka,
lepka od krwi,
od potu,
kropla za kroplą
spływa na mnie… Nadzieja.
 

Widziane spod stołu

Prawda, że nie ma nic bardziej kojącego umysł i ciało niż w upalny dzień wejść do kościoła, zanurzyć się w jego ciszy i chłodzie? Zostawić za drzwiami nie zrobione zakupy i tysiąc innych spraw, co na głowie. Usiąść w ostatniej ławce z widokiem na ołtarz i… nie myśleć. Nawet się nie modlić . Do modlitwy trzeba skupienia, celowości, a kiedy człowiek taki złachany, chce tylko pobyć w kojącym sam na sam z Jego Obecnością. Schować twarz jak w babcinym podołku i wyżalić się na cały świat.

Dziecko, które pierwszy raz zostaje w domu bez opieki i bardzo się boi, wchodzi pod kołdrę, pod stół, zamyka oczy. Ja nie widzę, więc złe nie widzi mnie. Złe znika. Tam - pod stołem - świat jest „swój” w zawężonych granicach, w ograniczonej perspektywie. Daje poczucie bezpieczeństwa i wytchnienie.

Dorosłemu nie wypada. Dorosły ma inną wiedzę na temat tego, co dookoła. Dlatego mimo ograniczającego perspektywę stołu i polityki chwilowego wyparcia, widzi. Martwi się. Przeżywa.

Jak mityczny Anteusz dotykając stopą matki Ziemi, tak ja czerpię ze źródła przestępując próg Świątyni.
Niech to będzie trzecia ławka od końca lub kościelna kruchta – nieważne.
Tam wszędzie jest Jego Dom, tam jest siła, jest wiara, nadzieja.
Tam jest Miłość.
 

Subskrybuje zawartość